Przykazanie 17: "Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu".
Moi Drodzy,
Po wielu latach, doszliśmy do ostatniego przykazania prof. Kołakowskiego. I szczerze mówiąc, nie wiem co o nim mam napisać. Niemniej jednak, chcę zakończyć nasze rozważania przed rozpoczynającym się wkrótce urlopem. Niejako, chcę podomykać wszelkie możliwe tematy przed moim wyjazdem, by dać sobie przestrzeń na nowe inspiracje, pomysły a może najzwyczajnie dać sobie czas na "pustą głowę".
Cały czas powtarza się nam, by budować (relacje, związki, rodzinę, przekonania, etc.) na solidnym fundamencie. Nie jestem murarzem, ani nie znam się na budownictwie, ale o ile mi wiadomo, każdą budowę zaczyna się od fundamentu. Tym samym, prof. Kołakowski nie mówi nam, że fundament jest zły czy żeby budować na piasku. Wskazuje nam, byśmy jedynie na samym fundamencie nie zatrzymywali się. Fundament najczęściej jest mało- lub niewidoczny. Piękno budowli pochodzi od jej ozdób, koloru, stylu, ornamentów, etc. Podobnie jest z nami. Jako ludzie, jesteśmy mocno złożeni, a nasze "piękno" (rozumiane szeroko) zależy od bardzo wielu czynników, tak jak doświadczenie, przemyślenia, wloty i upadki, zwycięstwa i choroby, zainteresowania, i wiele wiele innych.
Po pierwsze warto w ogóle mieć fundament w życiu. Mogą to być przeróżne rzeczy: wiara, religia, filozofia, przekonania, a nawet świadoma decyzja o postawie życia. Bolączka dzisiejszych czasów jest to, iż dla większości z nas, fundamentem, świadomie lub mniej świadomie stał się konsumpcjonizm. W pewnym sensie, spora część społeczeństwa oddała swoją prywatną suwerenność na cześć fundamentalnego konsumpcjonizmu. Jeśli to jest świadomy wybór, to mniejszy problem. Przynajmniej świadomie tak chcę żyć. Gorzej, jeśli jest to fundament nieświadomie narzucony przez "świat" a człowiek nie ma własnego solidniejszego fundamentu.
Unikać więc rygoryzmu i fundamentalizmu. Oczywiście, prof. Kołakowskiemu nie chodzi o wszystkie aspekty życia. Nauki ściśłe bazują na rygoryzmie. Chodzi więc przede wszystkim o szerokorozumiane podejście do życia, siebie i drugiego człowieka. W momencie, kiedy człowiek, który posiada jakiś fundament, ba, może nawet cała budowla jest już na wykończeniu, jedynie bazuje na fundamencie, staje się tym samym ograniczony, uwięziony w pułapce podejścia zero-jedynkowego do wszystkiego i do wszystkich.
Można z takim człowiekiem zabawić się w grę: OK/Nie-OK. Tertium non datur. PiS: Nie-OK, Gej: OK, Azjata: OK, Amerykanin: Nie-OK, itd. Fundamentalista nie ma trzeciej odpowiedzi. Brutalnie mówiąc, nie ma odpowiedzi filozoficznej: "to zależy". Nawet podstawowe kolory mają swoje odcienie. Tym bardziej ludzie, życia, mają swoje odcienie bieli, czerni i szarości. Pozostając w fundamencie operujemy tylko czerni i bieli (nawet bez szarości).
Dlaczego fundamentalizm jest tak chwytliwy dla części ludzi? Bo jest łatwy. Nie wymaga od mózgu wysiłku (a nasz mózg, nie lubi się wysilać). Proste i fundamentalne zasady są "łatwe" do przestrzegania i oceniania u innych. Wszelkie niuanse są zbędne. To jakby postawić rzeźbiarzowi kłodę drewna czy bryłę kamienną, z którą o nic więcej nie zrobi. Fundament jest i nic poza tym. Nie wydobędzie się piękna z kłody czy bryły, jeśli rzeźbiarz (= życie) nie zacznie w nich ciosać czy kuć.
Co do rygoryzmu, który trochę się różni od fundamentalizmu. Słowo rygorystyczny kojarzy się ze słowem surowy. Ba, ciągle w uszach wybrzmiewa mi prawnicza formułka "pod rygorem nieważności"... Czyli rygor jest surowy, poważny, zero-jedynkowy.
Nie należy jednak mylić zdrowej dyscypliny (wobec samego siebie/innych) z rygorem. Rygor, w podobieństwie do fundamentalizmu, również nie uwzględnia niuansów. Dajmy przykład. Trzymam się takiego a takiego modelu żywienia, chodzę na siłownię/inne 4 razy w tygodniu w konkretne dni. Załóżmy, że akurat jednym z takich dni jest sobota. W sobotę wypadają urodziny najlepszego przyjaciela / najlepszej przyjaciółki, a wiążę się z tym wypad na cały dzień i jedzenie tortu, który własnoręcznie był upieczony. Rygor podpowie: jest sobota, trudno, urodziny można sobie odpuścić, szczególnie, że i tak musiałbym spróbować chociaż kawałek tortu a w torcie jest cukier, którego rygorystycznie unikam. Zdrowa dyscyplina podpowie: ok, tę sobotę odpuszczam trening - pójdę w niedzielę. Zjem symboliczny kawałek tortu, by nie sprawić najbliższej osobie przykrości, ale za to w najbliższych dniach przytnę trochę kalorii czy cukrów, etc.
Oczywiście, to bardzo uproszczony przykład, ale oddaje esencję rygoryzmu. Pamiętamy zwrot "pod rygorem nieważności". Z takim stwierdzeniem, nie ma dyskusji. Albo pójdę na tę siłownię w tę sobotę, ale cały mój plan zostanie unieważniony.
Fundamentalizm i rygoryzm łączą się w sposób naturalny z etykietowaniem ludzi, o czym już była mowa w poprzednich wpisach. Ten jest wierzący, to na pewno dobry człowiek, a ten niewierzący, więc z zasady musi być zły. Ten pisior to dobry, tamtem platformers to niedobry, etc. Jeśli tak podchodzimy do innych, to nie tylko my zatrzymujemy się (w rozwoju) na swoim fundamencie, ale sprowadzamy innych jedynie do ich fundamentu. A to wydaje się, nie tylko błędne, prostackie, ale nieuzasadnione.
Jeśli chcemy jednak, tak bardzo, etykietować; tak bardzo sprowadzać innych jedynie do fundamentu, to miejmy na uwadze jeden tylko pierwotny fundament: jesteśmy ludźmi, bytami z egzystencją i człowieczeństwem. To jest pierwotny fundament. Chyba jedynie w tym rozumieniu filozoficznym, fundamentalizm może mieć pozytywny wydźwięk, choć również dalej nie do końca, bo zapomina o dalszej konstrukcji wynikającej z wychowania, doświadczenia, etc.
Moi Drodzy, na zakończenie tego wpisu życzę Wam i sobie zdolności niezatrzymywania się na fundamencie, swoim czy innych. Życzę, by każdy z nas miał właściwy i solidny fundament i o nim nie zapominał, ale by potrafił podnieść wzrok wyżej, by potrafił spojrzeć głębiej, by dostrzec w drugim człowieku (i sobie), coś więcej niż tylko fundament. Zero-jedynkowość zostawmy naukom ścisłym. W życiu codziennym, pozwólmy sobie dostrzec wszelkie tonacje kolorów, nawet jeżeli kontrastują z naszymi kolorami.
Wybieram się na urlop offline, w odwiedziny do starego przyjaciela. Odwiedziny te powinienem był już dawno uczynić. Nie należę do osób, które coś odkładają na później. A przynajmniej tak mi się zdawało. Do czasu, kiedy uświadomiłem sobie, iż odkładam na później to, co najważniejsze: relacje z sobą samym i drugim człowiekiem. Bez etykietowania - ani innych, ani samego siebie. Najwyższy czas przewartościować pewne aspekty.
Do usłyszenia/zobaczenia po powrocie. Może blog będzie trwał. W innej formule, z innym motywem przewodnim. Nie wiem. Zobaczymy co życie przyniesie...

