Przykazanie 16: "Nie skarżyć się na życie".

 

    Moi Drodzy,

    Refleksja nad tym "przykazaniem" jest karkołomna. Nie skarżyć się na życie brzmi niczym cnota heroiczna. Ba, nawet psychologia obecna mówi, by pozwolić odczuwać, przeżywać i nazywać emocje. Skoro tak jest, to niby mam prawo "skarżyć się na życie", bo cierpienie jest nieodłączną częścią życia. Tak samo jak chcę się podzielić radością z innymi, tak samo chciałbym powiedzieć co mnie "boli". W tym sensie, "przykazanie" prof. Kołakowskiego wydaje się niezgodne z naturą ludzką, i w pewnym sensie jest. Skoro mnie "boli", idę do lekarza i uskarżam się. Ba, w przypadku problemów natury psychicznej, naprawdę warto i skorzystać z pomocy specjalisty, by poskarżyć się na życie.

    W tym wpisie, jednak zostawiamy problemy natury chorobowej. Moźe o tym będzie osobny wpis. Myślę bardziej o codziennych trudnościach, krótko- lub długotrwałych. W pewnym sensie, to skarga na życie (do życia?) jest uzasadniona. Przekładając na język prawniczy, gdy coś jest nie tak, wnosimy skargę (reklamację, etc.). Jesteśmy przyzwyczajeni do walczenia o swoje, co nie jest niczym złym.

    W tym sensie, "przykazanie" "nie skarżyć się na życie" jest postawą heroiczną. Co to postawa heroiczna? To postawa powyżej zachowania, do którego mamy prawo. Mówiąc wprost: mamy prawo i etyczne przyzwolenie, by skarżyć się na życie, bo jest ono zgodne z ludzką naturą. Do czego nas zaprasza prof. Kołakowski, to być ponad to, by być lepszą wersją samego siebie. 

    Jest taka piosenka Marka Grechuty "Świecie nasz", która po cześci jest modlitwą, skargą, prośbą do "świata" czy "życia". Niestety, jest to jedna z tych modlitw, która nigdy nie zostanie wysłuchana a przynajmniej nie według naszego rozumienia. Od początków istnienie świata i rozumnego myślenia, zadawano sobie pytanie o sens cierpienia. Znajdowano sposoby życia, lepsze lub gorsze wyjaśnienia, ale tak naprawdę, nie ma jednoznacznej odpowiedzi na tę zagadkę. 

    Stąd wyjaśnienie tego przykazania jest bardzo trudne, bo nie jestem filozofem na miarę greckich filozofów czy choćby prof. Kołakowskiego. Spróbuję jednak podjąć próbę opowiedzenia, jak to ja rozumiem.

    Nasz mózg reaguje dosłownie na nasze słowa i nawet postawę ciała. Podtrzymywanie żalu do świata, życia, jest sygnałem dla naszego mózgu do wysyłania sygnałów do ciała, że jest źle i "przechodzimy w tryb przetrwania". Czyli, nasz organizm, przechodzi w tryb awaryjny, nie fukcjonując normalnie. Spora część osób lubi opowiadać o tym. Z jednej strony, wchodząc w rolę ofiary? życia, szukając współczucia innych; z drugiej strony pielęgnując tę formę komunikacji o nazwie "wieczne malkontenctwo".

    Że jest (czasami) źle, każdy wie. Co z tym możemy zrobić? Nic i wszystko. 

    Po pierwsze, starać się nie wracać do przeszłości, chyba że ma to na celu "wyciągnięcie lekcji", ale pamiętliwość, rozmamiętywanie, tworzenie scenariuszy co by było, gdyby..., zupełnie nie ma sensu. Nie mamy władzy ani nad przeszłością ani przyszłością. Mamy władzę nad chwilą obecną. 

    Po drugie. Zabrzmi korporacyjnie, ale to jedna z niewielu dobrych rzeczy podejścia korpo. Przychodzisz do mnie z problemem, ale jakie masz propozycje rozwiązania. W skrócie, sama skarga na życie nie wystarcza, ale potrzebna jest również autorefleksja, co zamierzam zrobić z tym problemem. Odpowiedzie mogą być najróżniejsza. Można napić się alkoholu/wziąć narkotyki, jako forma ucieczki od problemu. To trochę jak jazda na zderzenie czołowe i zamykanie oczu a nie reagowanie. Można teź sobie dać czas na "przejście" przez emocje, sytuację, danie sobie czasu i zaczęcie szukania możliwych, bardziej adekwatnych rozwiązań.

    Po trzecie. W pewnym momencie, naprawdę warto zastanowić się za co jestem wdzięczny w tym życiu. Wiem, nie zawsze załatwia to temat, ale jednak. Jednak zawsze znajdą się powody do radości, tylko trzeba je nazwać: "ktoś dziś się do mnie uśmiechnął i zrobiło mi się miło, obudziłem się wyspany, etc."

    Po czwarte. Za dawnych czasów, albo za poprzedniego zawodu, opowiadałem historię o ... kłodzie. Rodząc się, niejako jesteśmy kłodą. Życie nas ciosa. To troszkę od nas zależy czy będziemy kłodą porąbaną na opał, czy arcydziełem sztuki. 

    Podsumowując. Skarga na życie nam dosłownie szkodzi. Wracanie do przeszłości nam szkodzi. Po to, między innymi, śnimy - w ten sposób mózg neutralizuje emocje związane z przeszłymi przeżyciami. Po co więc działać przeciwko mózgowi? On w nocy pracuje, by nam pomóc a my celowo wracamy do przeszłości, dając mu "syzyfową pracę". Zupełnie bez sensu. Życie potrafi być piękne i każdy z nas tego doświadczył. 

    I jeszcze prośba. Są osoby, i jest ich coraz więcej, które zmagają się ze stanami lub chorobą depresji. Bądźmy empatyczni dla takich ludzi, bo ich mózg funkcjonuje troszkę inaczej i w pewnych momentach nie jest w stanie dostrzec nic "pozytywnego". Uszczęśliwianie takich osób "na siłę" nie pomoże. Depresja zmienia "fizycznie" mózg, który przestaje być zdolny do widzenia życia w kolorowych barwach. Trochę taki daltonizm życia. To choroba, jak każda inna. Traktujmy takich ludzi z wielką empatią, wiedząc że potrzebują lekarza a nie "dobrych słów" czy przemówień motywacyjnych. 

    Kiedyś pracowałem z wojskiem amerykańskim. Można wiele powiedzieć o wojsku amerykańskim, ale jedno mi zaimponowało - naprawdę dbają o osoby w kryzysie depresji. Powiedzmy sobie szczerze, ten kryzys będzie się pojawiał częściej i częściej. Nie będąc specjalistą, co możemy zrobić dla osoby chorującej na depresję? Być. Ni mniej, ni więcej. Być. 

    Życie... Mamy prawo do smutku, powiedzenia o smutku i bolączkach losu. Jednak pielęgnowanie "marudzenia" o życiu, tylko pogarsza naszą sytuację, bo wracamy, jakby celowo do tego. To nazywa się autodestrukcja. 

    Czego mogę sobie i Wam życzyć? Nie życia bez smutku czy cierpienia, bo jest to nierealne. Życia tu i teraz, nie rozpamiętywania przeszłości, i nie myślenia zbytnio od przyszłości. Jeszcze jednego Wam i sobie szczerze życzę: bliskich, którzy "są".